Sa rzeczy na tym swiecie, które potrafia wyjasnic tylko kobiety. Dla facetów, to absolutna czarna magia. Ponizej kilka takich, które wlasnie zaliczane sa do tej grupy... - Wyraz twarzy kota, - Potrzebe posiadania jednakowych butów w róznych kolorach, - Wyszczuplajace ubrania, - Wybieranie sie na wycieczke samochodowa bez próby osiagania rekordu szybkosci, - Róznice miedzy ecrie, bezowym i kremowo-bialym, - Podcinanie wlosów zeby urosly - Podkrecanie rzes, - Potrafia wyjasnic dlaczego nie jesc pomadki choc jest o smaku owocowym , - Dlaczego do toalety w knajpie trzeba chodzic z kolezanka?, - Czym róznia sie dwie identyczne bluzki? Poza tym są rzeczy, które kocham i zyć bez nich nie mogę: góry, koszykówka, góry, sport chyba właściwie, praca, góry.....?
RSS
wtorek, 24 kwietnia 2007
Zatęskniłam

Po dziwnym okresie rozstereki rozmyślań, znowu poczułam, że czas wrócić do bloga i ku mojej radości nadal tu jesteście, dziekuję. I pozdrawiam znad morza.

W czwartek wylatuję  na tydzień do brata do Londynu i postanowiłam, że jak tylko wrócę od razu podzielę się tym co u mnie słychać

 

01:27, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 lutego 2007
Nicolas Cage bez zakoli

Nicolasa Cage'a  uwielbiam i mimo ostatniego dokonania jaki obejrzałam w postaci słabiaczka "Kult" postanowiłam iśc do kina i obejrzeć "Ghost Rider".

Oniemiałam po zakończeniu filmu, bo właściwie zabrakło mi reakcji. Nicolas albo dostał oszałamiającą gażę za ten film, albo nie dostaje wcale scenariuszy i bierze co popadnie. Gorszego filmu to ja w życiu nie widziałam. Kategoria D i to na polskim rynku. Jak można było? I do tego fryzura Nicolasa tzw. garnek z prostą  grzywką i ta gładka skóra na twarzy. Miałam najpierw podejrzenia że ta dziwna grzywka to z powodu liftingu. Ale potem mi się przypomniało, że miał zakola, to pewnie i grzywkę sobie wszczepił. Wprawdzie przez część filmu twarz Nicolasa znikała i pojawiała się w to miejsce ognista czaszka ale to też nie pomogło. Pomogła natomiast Eva Mendes i Wes Bentley bo przynajmniej miłe i estetyczne wrażenia pozostały.

A oto Nicolas Cage bez twarzy ale z łańcuchem

Ghost Rider

I Nicolas jakiego oczekiwałam ale nie poszło

Ghost Rider

07:28, martyna-kot
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 lutego 2007
On myśli

Mój kierownik jeszcze nie podjął stosownej decyzji w sprawie moich wcześniejszych wyjść na uczelnię.

Zaraz na drugi dzień po naszej rozmowie spytałam się kierownika czy podjął już decyzję. Powiedział, że owszem miał pewien pomysł ale zapomniał.

Wczoraj mielismy bardzo dużo pracy, więc też nie podejmowany był ten temat.

Głupia sprawa, 2-3 godzin w miesiącu, które chcę odpracować. No trudno mogę nawet wziąść urlop - 1 godzinę na żądanie. Ale niech będzie jakaś decyzja. Teoretycznie jest to jawna złośliwość ze strony kierownika, zakrawająca na mobing.

Czy on nie rozumie, że będąc złośliwym w stosunku do pracowników jeszcze pogarsza sprawę?

Ale tak to jest jak się obsadza na stanowisku kierowniczym młodego chłopaka bez doświadczenia zyciowego, zawodowego, o menadżerskim nie wspominając.

07:31, martyna-kot
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 lutego 2007
A może się czepiam?

Zasada w mojej firmie jest prosta. Nadgodziny nie istnieją ale jeśli ktoś zostanie po godzinach, może te godziny sobie odebrać i np. wyjść wcześniej. To kiedy i jak to się odbędzie jest tylko sprawą kierownika i pracownika i takimi rzeczami nie zawraca się głowy szefa wszystkich szefów.

Plan zajęć na podyplomówce mam taki, że na uczelnię będę chodzić w piątki i soboty. Poprosiłam kierownika o to czy mogę w takim razie wychodzić godzinę wcześniej w piątki, a w tygodniu będę godzinę dłużej pracować (dodam, że byłam gotowa na opór i przygotowałam wszelkie możliwe odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania).

Najpierw zadał mi przenikliwe pytanie po co mi ta godzina, przecież teoretycznie zdążysz? No właśnie teoretycznie jeśli będę biegła, to zdążę. A mimo wszystko nie chciałabym się spóźnić i to jeszcze zmachana i jawiła mi się także wizja jakiegoś obiadu. Ale to chyba fanaberie.

Po chwili namysłu kierownik stwierdził, że taką sprawę to się załatwia odgórnie i żebym napisała pisemko. Opadły mi ręce bo przecież nie chodzi o nie wiadomo jaką liczbę godzin tylko 2-3 godziny w miesiącu, które odpracuję. Spytałam się czy jak ktoś zostawał po godzinach to też pytał dyrektora? Albo pisał pismo? Firma liczy kilkaset ludzi i jak każdy pytałby czy może zostać, to dyrektor miałby kilkadziesiąt takich podanek.
Kierownik zatroskał się w tym momencie o mnie: A co jeśli się coś stanie po drodze? Poruszona jego wrażliwością przypomniałam, że wpiszę się do oficjalnej księgi wyjść. I nadal uważam, że powinniśmy załatwić to między sobą. Spojrzałam kierownikowi prosto w oczy i poprosiłam, żeby jeszcze się zastanowił i przemyślał sprawę, w końcu mamy czas do piątku.

Mój kierownik musi mieć czas, żeby skonsultować się z żoną. Taka mała babska złośliwość na koniec.

14:58, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
Szkoła, urodziny i nowe spojrzenie na świat

W piątek rozpoczynam podyplomówkę, normalnie już nie mogę się doczekać, uwielbiam chodzić do szkoły, uczyć się. Mam pewne obawy, wiadomo, czy sobie poradzę, jakich ludzi poznam.

Pierwszy dzień zajęć jest dniem moich urodzin i jest to kolejny rok, kiedy mam wrażenie, że pewien etap się kończy a pewien zaczyna właśnie od moich urodzin. To przeznaczenie? Znak?

Już moje myślenie się zmieniło, patrzę bardzo optymistycznie na przyszłość, robię plany i często się uśmiecham.

Rok temu było to samo. Dzień moich urodzin był dniem wielkich zmian i początkiem całkiem nowego życia. I to co się potem wydarzyło nadal procentuje.

13:27, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 lutego 2007
Optymizm i czerwona torebka

Nie ma u mojego boku mężczyzny, z którym mogłam spędzić Walentynki.  Jednak postanowiłam, że nie dam się, nie zdołuje się potencjalną samotnością i wszechobecnym serduszkom. I zadziałało. Od rana miałam świetny humor, w pracy jak zwykle było mnóstwo śmiechu a zaraz po niej szłam na dworzec po mojego przyjaciela Anetkę. Poszłyśmy na obiad, potem poplotkować przy kawce, wstąpiłyśmy do centrum handlowego i przyznaję dałam się wmanewrować w tę wszechobecną czerwień. Wyszłam ze sklepu z nową piękną czerwoną torebką. I w tym momencie pomyślałam, że kurcze przecież wcale nie jest tak źle, ciekawa praca, przyjaciele, nowy interesik, fajne hobby, nowa torebka (widziałam też piękne szpilki)  na pewno w sferze uczuć też mi się uda.

Po powrocie do domu dostałam anonimowy sms z życzeniami walentynkowymi podpisanymi „tajemniczy wielbiciel” no i cały mój optymizm zawinął się i uciekł. Bo niestety nie posiadam w inwentarzu żadnego wielbiciela ale mam za to miłe koleżanki, które chcą żeby zawsze każdemu było miło, więc wysłały mi taki esik. A to smutne, żeby koleżanki wysyłały mi walentynkę, żebym przynajmniej jedną dostała. No i w pewnym wieku jest to po prostu żałosne i przypomina o samotności.

Zaparzyłam herbatkę, włączyłam film i dzisiaj już mi znowu optymistycznie.

08:55, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lutego 2007
Ryś

Byłam, widziałam... rewelacyjny film, mnóstwo śmiechu, fantastyczna obsada.

Bardzo bałam się, że film ten bedzie naciągany, stare dowcipy sprzed 20 lat a gwiazdy tylko będą a nie będą grały. Ale moje obawy na szczęście poszły w świat i nie wrócą.

Polecam. Bardzo.

I pamiętajcie. Nigdy nie byłam na żadnej poczcie.:)

07:11, martyna-kot
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 lutego 2007
Czas, czas, czas....

Czas pędzi nieubłaganie, niedawno bawiłam się witając nowy rok, a już jest luty. W styczniu też zaczełam myśleć o tym, że czas coś zrobić ku polepszeniu swojego bytu i wraz z moim przyjacielem Anetką zajęłyśmy się działalnością artystyczną. Na razie powolutku ale idzie ku lepszemu.

Za miesiąc zaczynam podyplomówkę i już się nie mogę doczekać kiedy znów rozpocznę naukę. Normalnie brakuje mi szkoły. I okazało się, że jestem klasycznym typem kobiety, bo knuję w co się ubiorę.

No i już znane są pierwsze gwiazdy Festiwalu Opener. No jestem pod wrażeniem. Wprawdzie moje marzenia muzyczne  spełniły się już na poprzednich edycjach i mam wrażenie, że marzeń już nie mam. Ale ciekawe czym organizatorzy jeszcze zaskoczą.

Właściwie przypomniało mi się, mam jedno marzenie muzyczne system of a down. Ale oni występują tylko na solowych koncertach.

 

07:26, martyna-kot
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 stycznia 2007
Gdy się ma małe dzieci

Mój życiowy kierownik ma bardzo małe dziecko.

W naszym dziale jest dziewczyna, która również ma małe dziecko mniej więcej w podobnym wieku jak jego. Dziecko w ciągu dnia dostało gorączkę i koleżanka tak naprawdę myślała tylko o tym, żeby jechać do domu, do dziecka, załatwić wizytę u lekarza. Poszła do kierownika, żeby się zwolnić. A ten zaczął marudzić że nie bo praca i w ogóle to może urlop weźmie (była połowa dnia) i czy jednak może się ktoś zaopiekuje i te rzeczy. W końcu łaskawie ją puścił.

Nie mamy teraz w pracy takiego ciśnienia, że jedna osoba mniej zrobi różnicę. A koleżanka wszystkie najważniejsze rzeczy miała zrobione, jakieś drobiazgi , które zostały każda z nas mogła zrobić. Ja nie mam dzieci ale kurcze są pewne sytuacje, że praca nie jest ważna.

Dodam tylko, że byłyśmy trochę zdziwione postawą kierownika, który ma dziecko w podobnym wieku i powinien to rozumiem. Tyle, że jego żona siedzi w domu.

Przez takie jego zachowanie zaczęłyśmy być złośliwe w stosunku do niego. On doprowadził do tego, że powstały dwa obozy on i my. A chyba nie o to chodzi?

07:19, martyna-kot
Link Komentarze (5) »
piątek, 05 stycznia 2007
Odpowiedzialność zbiorowa

Mój nadambitny, niekonsekwentny i niezdecydowany kierownik wykazał prawdziwy charakter.

W moim dziale każdy z nas ma do wykonania pewien projekt, za który jest odpowiedzialny i pod którym się podpisuje. Każdy pracując na takim projektem współpracuje z wybranymi osobami z innych działów. I one tez się podpisują pod tym projektem. Razem tworzą zespół nad którym ciąży odpowiedzialność za całokształt.

Są oczywiście sytuacje kiedy np. z powodu nieobecności, pewne czynności wykonują inni pracownicy, najczęściej jednak są to czynności mało znaczące, nie mające wpływu na całokształt np. wysłanie ofert do wykonawców, czy wypełnienie pewnych tabel sprawozdawczych danymi.

Mamy teraz bardzo duży projekt, który generalnie od początku był skopany. Prawie przy zakończeniu prac wyszło bardzo dużo błędów, których cały zespół nie zauważył. Wisi wręcz groźba, że około półroczna praca pójdzie do kosza i projekt będzie trzeba zacząć od początku.

Z powodu nieobecności osoby prowadzącej, każdy z nas dostał polecenie od kierownika wykonać jakieś czynności i ja np. wysyłałam maile z wyjaśnieniami do wykonawców, ktoś tam jeszcze zawiadomienia o nowych terminach. Nic znaczącego merytorycznie a jednak koniecznie.

Wczoraj dyrektor w rozmowie z moim kierownikiem zapowiedział, że będą wyciągnięte konsekwencje od całego zespołu. I okazało się, że konsekwencje mają być wyciągnięte od wszystkich, którzy chociaż trochę pracowali przy tym projekcie. Mój twardy kierownik nawet nie pisnął słowa, w obronie pracowników działu, nie wspominając o tych pracownikach, którzy jak ja wysłali tylko maile, faxy czy robili inne pierdoluty.

Odpowiedzialność zbiorowa nad nami ciąży.

07:01, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 stycznia 2007
Jedno z postanowień

Jedno z moich postanowień dotyczyło dotatkowego zajęcia, które oprócz przyjemności przyniesie także dodatkowy dochód.

No i wraz z moim przyjacielem Anetką uknułyśmy pewien plan. No i zaczęłyśmy go realizować. Na razie zainwestowałyśmy. W przyszłym tygodniu okaże się jakie szanse na powodzenie ma nasz pomysł

18:29, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 stycznia 2007
Z Nowym Rokiem

I weszliśmy w ten Nowy Rok.

Było hucznie, w gronie przyjaciół, w przepięknym otoczeniu. Naprawdę zapomniałam o samotności.

Pozbierałam się już i ułożyłam w głowie moje rozstanie z panem, jednak trochę smutek i żal, bo pustka w sercu.

Ale mam postanowienia noworoczne które zacznę realizować już dziś.

Mam dzisiaj urlop, ale na chwilę wpadłam do pracypo pieczątkę i na herbatkę. Ech poczułam się szczęśliwa

17:23, martyna-kot
Link Komentarze (3) »
środa, 27 grudnia 2006
Plotkarskie manipulacje

Zostałam zmanipulowana.

Właściwie sama dałam się sprowokować i dałam się wciągnąć w plotkę i tak łatwo w nią uwierzyłam, że potem już tylko brnęłam coraz głębiej w przeze mnie stworzone bagno. I sama sobie na własne życzenie stwarzałam cierpienie.

Usłyszałam informację na temat pana, sugerującą , że mnie zdradził. Żadnych konkretów, potwierdzeń, dowodów.

Potem tydzień temu pożegnałam pana, który wyjechał do rodziny a później powiadomiłam wszystkich, oprócz samego zainteresowanego, że już razem nie jesteśmy. Prawda jest jedna, że już od dawna nie było sielanki, pan był mało zainteresowany moją osoba a ostatnia plotka, informacja, nie wiadomo czy prawdziwa postawiła kropkę nad i, tak że postanowiłam, że postaram się, żyć bez tego pana. Łatwo nie będzie bo nadal moje uczucia są mocne. Ale także brnąć w związku, w którym tylko ja jestem zaangażowana? Więc może taka terapia szokowa jest lepsza? Ale knułam sobie, obmyślałam co nowe historie, spojrzałam na nasz związek z innej strony i nadal knułam. Takie zatruwanie umysłu. A potem pomyślałam sobie dlaczego ja jednak mimo, że nasz związek się kończył nie zaufałam jemu, że nic nie było?

W całej sprawie zaufałam osobie, o której myślałam, że być może jest to początek przyjaźni. Jak można być tak naiwnym i tak łatwo ufać ludziom? Nie wiem. Zaufałam osobie, która powtarzała, że prawda i wierność przyjaźni między kobietami jest najważniejsza. A potem ta osoba mi mówi, że widziała, jak on z kimś, coś tam w tańcu.

Tydzień później okazało się, że ta sama osoba, która twierdziła, że pan mnie zdradził, na tej samej imprezie, zdradziła swojego faceta, tyle, że tym razem została przyłapana. Tłumaczyła się, że była taka gruba impreza, że nic nie pamięta i że ktos jej facetowi jakieś farmazony wmawia i pewnie źle odczytał, że ona tylko z jakimś kolesiem gadała.

Małe miasteczka i zdesperowane kobiety, którym w zyciu się nie układa, faceci, którzy skrzywdzeni przez kobiety plotkują bardziej niż tuzin niewiast.

Małe miasteczko o którym mówie musiałam odwiedzić ze względu na Święta u rodziny. Przyznaję tutaj mieszkałam ostatnio i pracowałam  i tu miałam grono (jak mi się wydawało) zaprzyjaźnionych ludzi. Mimo, iż nie starałam się być osobą znaną, niestety ze względu na małomiasteczkowość nie bylo możliwe, wszyscy tu wszystkich znają i wszyscy o wszystkich wiedzą. Kto, gdzie, z kim i kiedy sypiał, kto kogo zdradza, kto z kim bierze ślub i kto w tej parze jest niewierny. Zresztą oprócz tego, że niewierność jest teraz modna, wybór w tym miasteczku jest niewelki, bo wszyscy ze wszystkimi byli, albo byli ze znajomymi tych itd itd.

Przyznaję szczerze, gdyby nie Święta nie przyjechałabym tutaj choćby nie wiem co. W przyszłym roku na pewno nie będę tu na Święta.

Tradycją małomiasteczkową jest spotkanie wszystkich w okolicznych pubach w nocy po Wigilii na tzw. pasterce. Spotyka się wtedy wszystkich znajomych i mniej znajomych. Długo zastanawiałam się, czy tym razem tam jechać. Wkońcu jedyna osoba, o której myślę, że moge jej ufać namówiła mnie. Przetłumaczyła mi parę rzeczy, powiedziała parę rzeczy, które chciałam usłyszeć i uspokoiła mnie poniekąd. Alkohol i szczerość sprawiły, że zdecydowałam się pojechać spotkać z ekipą. Postanowiłam też nie pokazywac po sobie, że już nie jestem z panem i udawać, że nic nie wiem, że podobno mnie zdradzał. I był to dobry plan, bo ludzie w pierwszej kolejności nie pytali mnie jak mi w nowej - bądź co bądź pracy, jak mi się mieszka w większym mieście i takie tam, tylko czy nadal jestem z panem i czy słyszałam, że to złamas jeden. Ja zgodnie z postanowieniem odpowiadałam, że jest super, że pan teraz z rodziną i takie tam. Nagle w moim gronie znalazły się osoby, których nie widziałam kilka miesięcy i wiedziały o mnie więcej niż ja o nich, robili  wspólczujące miny, ale ja to miałam gdzieś. To nie tak, że ja wierze w wiernośc pana bezgranicznie, bo w każdej plotce jest odrobina prawdy i jak bylo naprawdę tylko on wie najlepiej ale wybaczcie słysząc poniższy tekst tylko mi rece opadały i brakowało mi reakcji a właściwie dostawałam głupawki: Kolega: "Wiesz nie wiem czy powinienem Ci mówić, ale nasz wspólny kolega, gadał kiedyś z jakąś laską i zgadał się z nią, że Twoj facet to Twój facet i ona jak się dowiedziała, że ona ma dziewczynę, to tylko stwierdziła, a to złamas jeden" Ja: "Ale co to znaczy", Kolega: "No chyba wiadomo', Ja: "No nie wiadomo", Kolega: "No, że on z nią wiadomo" Ja: "Ale co dziewczyna sobie siedzi z kolesiem na imprezie i mówi, a to złamas jeden, to ten co mnie po imprezie przelciał a potem nie pisał nie dzwonił?"

Dobra przyznaję,fajnie by było, gdyby to wszystko nie było prawdą, razem już nie bedziemy ale jakoś łatwiej byłoby mi z myślą, że jednak mnie nie zdradzał.

W naszych czasach wszyscy jesteśmy zdradzani i wszyscy zdradzamy, tyle , że szczęśliwi Ci, którzy nie dowiedzą się że są zdradzani i żyją w błogiej nieświadomości.

01:56, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
Święta, święta i po świętach

I po....

Powiadają, że Święta oprócz tego, że powinny być spędzone w grodzie najbliższych to także powinny być czasem przemyśleń. I całkiem przypadkiem w moim przypadku tak było.

Przemyślenia....

Pisałam już, że miałam gotowe postanowienia noworoczne ale w związku ze zmianami w moim życiu osobistym i one uległy zmianie. Tak naprawdę chyba teraz coraz trudniej mi z dnia na dzień na nowo ułożyć postanowienia noworoczne bo cały czas targana przemyśleniami nie jestem w stanie ułożyć priorytetów według właściwej kolejności. A może to jest bardziej tak, że sama przed sobą nie chcę się przyznać, że pewne rzeczy odeszły i czas poukładać zycie w inny sposób. To nie jest strach przed zmianami, bo na zmiany jestem gotowa. Tylko żal i niedowierzanie, że coś odeszło i to teraz, przed Świętami, przed nowym rokiem.

Cóż z nowym rokiem, nowe życie.

Nie znoszę mojej intuicji w stosunku do mężczyzn, z którymi jestem. Nigdy mnie nie zawodzi. Ale pragnienie miłości i ciepła jest tak silne, że zamiast twardo patrzeć na życie to ja i tak zagłuszam intuicję i wierzę naiwnie, że jednak coś sobie ubzdurałam. I tak po raz kolejny okazuje się, że jednak istnieje coś takiego jak kobieca intuicja.

Od przyszłego roku bedę twarda.

00:52, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 grudnia 2006
Święta, święta...

Mój brat pierwszy raz nie będzie z naszą rodziną w czasie Wigilii, nigdy nie pomyślałam, że jestem tak z nim związana, że będę tęsknić. Wigilia mimo wszystko będzie radosna ale w niewielkim gronie. Marzę o tym, żeby zasiąśc kiedyś w gronie kilkunastu osób i cieszyć się ze spotkania, ze świąt.

Zrobiłam rachunek sumienia, przeanalizowałam moje życie i mam już pewne plany, postanowienia na nowy rok. Jeszcze muszę je ułożyć według ważności. Naturalnie mi wychodzi, że najpierw zadbam o serce i duszę ale że dotychczas i tak nic z tego nie wychodziło, chyba tym razem będę ja i moja praca.

Wszytkiego dobrego na Święta i Nowy Rok. Oby wszelkie marzenia się spełniały i żebysmy nie byli samotni w te dni!!

01:24, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
środa, 13 grudnia 2006
Pożegnania przedświąteczne

Smutny wieczór bo bardziej samotny niż zwykle, mężczyzna wyjeżdża w piątek ale tak naprawdę już czuję jakby go nie było, czułe pożegnanie wczoraj i od tego czasu – cisza. Znowu to ja się zaangażowałam i to ja potrzebuję kontaktu, a może po prostu nie potrafię odczytać intencji pana, może nie potrafię wydobyć z niego tych uczuć a może podświadomie stawiam barierę, która daje wrażenie, że mi nie zależy. Tak wiem, takie babskie oszukiwanie się. Prawda jak zwykle jest taka sama, panu wygodnie jest mieć tutaj dziewczynę, która nie wymaga od niego zobowiązań i akceptuje jego tryb życia. Baby są głupie.

On tak naprawdę tak bardzo chce już jechać do domu, do rodziny, że właściwie żyje tylko piątkowym lotem o 17. Zatem nic go już nie cieszy a może po prostu ja nie potrafię go pocieszyć.

15:21, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 listopada 2006
Listopadowy urlop

Rozpoczęłam urlop. To nieprawda, że listopadzie nie można mieć świetnego urlopu. Mam wiele do zrobienia.

Na początek nadrobię zaległości w blogach. Dzięki że zaglądaliście.

18:03, martyna-kot
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 października 2006
Korporacyjne historie

Dawno nie czułam się tak dobrze w pracy. Pokój w którym mam przyjemność mieć własne biurko to istny babiniec (co na początku mnie trochę przygasiło). Ale poziom głupawki codziennie wzrasta. Przy czym mam wrażenie, że nasza kreatywność również. Bo rankingi, konkursy i inne takie, które wymyślamy naprawdę zasługują na nagrodę.

Wszystko to nie dlatego, że nie mamy pracy ani obowiązków. Ale dlatego, że to co robimy jest niezwykle odpowiedzialne i stresujące. Do tego mam wrażenie że kierownik - prezes chyba nam tej atmosfery zazdrości i zaczyna robić mały smród. Nie wiem może chce się wykazać. Więc umilamy sobie życie i leczymy nasze wrzody - śmiechem.

Ostatnio kieornik - prezes wpada do pokoju i mówi, że zarządza że od przyszłego tygodnia, dwa razy w tygodniu bedziemy się spotykać na porannych naradach i bedziemy omawiać bieżące sprawy, on będzie przekazywał nam swoje uwagi i takie tam. Dobra.

Zrobiłyśmy w naszym pokoju zakłady ile spotkań się odbędzie. Ja dałam że 4. Stawka - 1 zł.

16:48, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
Tęsknoty małe prawie jak wielkie

Wpadłam na chwilę do starych stron - spotkać się z panem. Taka mała niespodzianka z tęsknoty. Rozbiło mnie to krótkie widzenie. Godzinę po spotkaniu bardziej tęskniłam, bardziej niż tęsknię w niedzielny wieczór, kiedy czuję jeszcze jego zapach w pokoju ale wiem że najbliższe spotkanie dopiero za kilka dni. Jakoś łatwiej chyba sobie to poukładać w głowie.

A pan patrząc mi głeboko w oczy mówi, nie martw się maleńka, przecież to nie tak daleko. A my widzimy się już niedługo.

16:39, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 września 2006
Motylki są wszędzie

Tak szczęśliwa dawno nie byłam. Nowa praca - pełna wyzwań, mnóstwo rzeczy do nauczenia i ciągle trzeba się uczyć. Mimo stresu i napiętych terminów ekipa na którą trafiłam równie zakręcona i szalona, więc się odnalazłam z moim nierównym sufitem.

No i za chwilę spotykam się z moim panem. :)

Pozdrawiam Was i przyznaje szczerze, że jedyne co mi brakuje to tej stałej ekipy blogowej i Waszych przygód.

Niestety net tylko w firmie i tam przekontrola wszystkiego. Więc uściski i pa.

20:15, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 września 2006
Pożegniania

Dzisiaj przedostatni dzień mojej pracy. Zrobiliśmy imprezkę, było dużo śmiechu, trochę wzruszenia, nutka wspomnień. Dzisiaj nagle poczułam, że to już, że ja faktycznie nie zobaczę już codziennie tych twarzy, że teraz na nowo muszę budować relacje z nowymi ludźmi. Chyba tego się boję najbardziej.

W poniedziałek i wtorek czułam stres i miałam dziwne lęki, że niedokończę wszystkiego, nie zdążę, że pozostawię sprawy na jutro. W środe było apogeum lęków, do tego złapałam dziwny atak zatok i chodziłam z gorączką i katarem. Nie sprzyjało to optymizmowi. 

A dzisiaj? Od rana czułam, że się żegnam. Dziwnie. Bo przecież nie zmieniam firmy, mimo, że inny dział, inne miasto, to i tak będę z nimi współpracować. A jednak..

Jutro idę się żegnać do mojego byłego działu, z którego odeszłam rok temu. Tam nauczyłam się wszystkiego i tam tak naprawdę miałam takich firmowych przyjaciół. Mimo, że teraz siedziałam dwa pokoje dalej, cały czas tęskniłam do nich. No i jutro przyjdzie czas na do wiedzenia.

Najgorsze jednak przede mną. Jutro należy wziaść kartonik i się spakować. Wziąść ulubioną filiżankę, kwiatka którego uratowałam rok temu, kalendarz biurkowy, prywatne głośniki do komputera, niby nic a jednak się zbierze.

Mój nowy szef oczekuje mnie w poniedziałek rano w pokoju 218. Prawdopodobnie go nie będzie w tym dniu. Hm może i lepiej?

Wielka przeprowadzka do Gdańska w sobotę. Serce od niedawna zajęte chciałoby jeszcze zostać. Bo czy wytrzyma tę próbę? Bo czy wytrzyma w tęsknocie? Odległość niby żadna 60 km ale może okazać się zbyt duża.

23:34, martyna-kot
Link Komentarze (3) »
środa, 06 września 2006
Fruwam

Fruwam nad rzeczywistością. Myślami i duchem jestem już na miejscu w Gdańsku. Wiem gdzie będę mieszkać, gdzie jeść, kupować bułeczki, ćwiczyć na siłowni, chodzić na imprezki. Ciało niestety nadal w starej rzeczywistości. Mam niechęć do starej pracy, a codziennie rano trzeba wstać. Własciwie oddzieliłam grubą kreską to moje już kończące się TU-TERAZ  życie i czekam na rozpoczęcie nowego. Myślę lepszego. A przynajmniej w miejscu które kocham.

W sobotę rano wyjeżdzam nad morze do Władysławowa. Nie będzie to niestety wyjazd czysto wypoczynkowy. Chociaż należeć będzie do przyjemnych. Już się cieszę na ten mini urlop. Bo ja nadal przed właściwym urlopem.

21:38, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 września 2006
Mały kawałek podłogi

Znalazłam lokum na najbliższy czas mieszkania w Gdańska. Wkońcu skończyła się niepewność czy uda znaleźć mi się coś sensownego i za odpowiednią cenę. Na razie będę mieszkała w domu pewnej wesołej starszej pani, z ogromniastym psem, który tylko groźnie wygląda a potem przynosi kapcie i gazetę. Pani w ogłoszeniu zaznaczyła, że szuka kogoś kto kocha psy. Na początku uśmiechnęłam się bo co to za różnica czy pies czy nie, ale rozmawiając z ludźmi wielu mi powiedziało, że jeśliby mieli czegoś szukać to zastanawialiby się gdyby zobaczyli widok tego stwora. Hmm racja, miałam możliwość pomieszkiwania u znajomego i jednym z argumentów, że szukałam czegoś innego był fakt, że mieszkał z małym dzieckiem. Nie żebym nie lubiła dzieci, czy coś miała przeciwko ale czy byłabym gotowa, nie mając własnych aż tak się dostować do dziecka? Bo nie oszukujmy się to ja musiałabym się dostosować i to nie do właściciela tylko do dziecka.

Szukajac miejscówki znalazłam osiedle na którym chciałabym mieszkać i mieć to swoje M. I teraz cały czas knuję, obmyślam, szukam jak to zrobić żeby moje marzenie się spełniło. Na razie możliwości nie ma ale moje marzenie jest tak intensywne, że na pewno coś się wydarzy i marzenie to się spełni.

Bo jak się zastanowić to wiele z moich marzeń naprawdę się spełniło. Ale było to możliwe tylko wtedy kiedy bardzo inensywnie marzyłam i lekko naprawdę lekko pomogam losowi. Nie warto siedzieć z założonymi rękami.

No i cóż. Jutro jadę obgadać z panią babcią od lokum - szczegóły wynajęcia.

Zabawne, nosimy takie same nazwisko.

18:27, martyna-kot
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Noce teatru, noce poezji

Weekendowe, sierpniowe, zimne już noce spędziłam obcując ze sztuką. W otoczeniu starego średniowiecznego podzamcza, w blasku gwiazd delektowałam obecnością największych osobowości ze świata teatru, poezji, kabaretu.

Sobota była nocą Mistrzów Polskiego Kabaretu. Na scenie pojawiali się aktorzy - mistrzowie, filary największych polskich kabaretów.  A wystąpili: Magda Zawadzka, Jan Kobuszewski, Włodzimierz Nowak, Wiesław Gołas, Jan Kociniak, Wiktor Zborowski, Marian Opania, Andrzej Poniedzielski, Andrzej Strzelecki, Wiesław Michnikowski. Usłyszałam znane, ponadczasowe skecze, piosenki, które nadal bawią. Z każdym wyjściem kolejnego aktora nastepowała konsternacja co usłyszymy. Mimo, że tak naprawdę wszystko to znamy, wszystko widzieliśmy wiele razy, nadal jest ten ofekt zaskoczenia.

Niedziela natomiast, była Dniem Walki z Depresją. „DEPRECJACJA DEPRESJI", według scenariusza i reżyserii Artura Andrusa, był programem kabaretowym, który miał udowodnić nam, że depresja geograficzna nie musi iść w parze z depresją psychiczną. I znowu plejada osobowości kabaretowych na scenie Hanna Śleszyńska, Agnieszka Matysiak, Artur Andrus, Andrzej Grabowski, Emilia Witkiewicz, Ireneusz Krosny, Krzysztof Wakuliński, Kuba Sienkiewicz, Jacek Fedorowicz, Tomasz Sapryk, Mariusz Kiljan, Kabaret „Ciach", Kabaret Moralnego Niepokoju, Czerwony Tulipan, Grupa MoCarta. A nad nimi pomnik z wizerunkiem Andrzeja Poniedzielskiego jako symbolu depresji, jak mówią niektórzy najsmutniejszego wśród najśmieszniejszych, z jego klasycznym wyrazem twarzy wyrażający ból istnienia. Oczywiście przy pomniku była zmiana warty i uroczyste czytanie fragmentów wiersza poety. Na koniec wykonawcy rozdali widzom recepty na depresję podpisane przez doktora Poniedzielskiego. To ja poprosze codziennie taką terapię.


19:44, martyna-kot
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 sierpnia 2006
Być może nie miałabym pracy

Piątek był dniem wielu emocji. Zmieniały się  co chwilę z napływem kolejnych informacji.

Sprawa dotyczyła mojego prawie przejścia do oddziału w stolicy.

W procesie rekrutacji do ścisłego finału doszły dwie kandydatki i to dwie z jednego oddziału, czyli mojego. Kiedy rozmawiałam z moją niedoszłą kierowniczką, ona powiedziała że w sytuacji kiedy ja rezygnuję ze stanowiska to moja konkurentka zostanie zatrudniona.

Pytam się zatem mojej konkurentki (koleżanki z pracy:)) kiedy przenosi się do Warszawy. Odpowiedź była krótka "Nie wiem".

W tygodniu zadzwonili do niej, że cały proces zatrudnienia nowego pracownika jest wstrzymany, że nie wiadomo kiedy ruszy, że papiery na razie nie będą wysłane i nie wiadomo kiedy będą, co więcej nie wiadomo czy wogóle dojdzie do zatrudnienia. Koleżanka zaczęła wydzwaniać po wszystkich świętych, oczywiście wszyscy zwalali na wszystkich, winni byli wszyscy inni a najbardziej system. Na koniec ktoś ze stołecznego oddziału stwierdził , że być może to moja wina, bo nie zgłosiłam rezygnacji na piśmie. I przez to być może będą musieli ogłosić nową rekrutację. Tu się zagotowałam, bo ja rezygnując z propozycji przyjęcia stanowiska też dzwoniłam po wszystkich świętych i upewniałam się (znając skostniały format mojej instytucji) czy nie muszę tego zgłaszać na piśmie. Nie musiałam. Zadzwoniłam więc do gamonia z Wawy i pytam czy aby na pewno wystarczy że zadzwoniłam, bo ja chętnie napisze dwa zdania. Nie musiałam. Nadal. Sprawa jednak zaczęła nabierać rozpędu. W sprawę zaangażowały się nawet związki zawodowe.

Na początku byłam zbulwersowana, jak można tak zwodzić człowieka, potem ogarniały mną wściekłość, bezsilność, nosiło mnie.

Na koniec dotarło do mnie, że o mały włos to ja mogłam być na miejscu tej koleżanki, ale czy ja byłabym w stanie tak zawalaczyć? Czy wpadłabym na to jak to zrobic? Teraz już tak.  

01:18, martyna-kot
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3